Ciekawa dyskusja wywiązała się na flakerze pod wpisem Artura Kurasińskiego, dyskusja o handlu domenami. "Kuraś" sugeruje, że nie stać go na odkupienie domeny Kurasiński.pl. Żartobliwy, krótki wpis, ale dyskusja pod nim ciekawa. Dołączyli do niej Jan Rychter i Daniel Dryzek (czołowy ewangelista handlu domenami).
Janek uważa, że domeny powinno się kupować, jeśli planujemy z nich skorzystać przy uruchomieniu jakiegoś przedsięwzięcia, Artur zaś (podobnie myśli Daniel Dryzek) stoi na stanowisku, że domeny można kupować, by je potem odsprzedawać, byleby nie naruszać tylko czyichś praw (czyli np. praw spółki Rolnik s.c. do domeny rolnik.pl). Tak naprawdę widać, że brak tu rozsądnego modelu i definicji, dzięki którym można by rozstrzygać kiedy zakup jakiejś domeny jest po prostu działaniem handlarza na wolnym rynku, a kiedy cybersquattingiem. Dziedzina "w miarę" świeża, więc brak standardów.
Pojawiające się w komentarzach sugestie, że ktoś kto wykłada 100 tys. na domeny jest inwestorem i ryzykantem, a nie kombinatorem jest nielogiczne, bo czy każdy idiota, który wykłada duże pieniądze na jakiś interes i je traci to inwestor? ;)
Ale tak naprawdę to przy braku dobrych definicji ciężko prowadzic spór. Sam mam kilkanaście domen, część nawet próbowałem sprzedać, z marnym skutkiem, pewnie dlatego że domeny słabe, a ja nie miałem na sprzedaż specjalnego ciśnienia. Ale tu własnie zbliżam sie do tego, co mnie naprawdę interesuje w tym zamieszaniu z domenami. Miałem ostatnio okazję obejrzeć ciekawy dokument pt. Rozdęty rynek sztuki współczesnej, w którym to Ben Lewis, człowiek piszący o sztuce współczesnej, analizuje bańkę spekulacyjną i mechanizmy jej powstawania na tym rynku.
Dokument jest arcyciekawy i pokazuje jak galerie i marszandzi manipulują cenami dzieł artystów, których sami reprezentują. Naturalne dla nich jest podbijanie cen na aukcjach, tylko po to, by ostateczny nabywca zapłacił więcej. Ale najważniejsze jest podtrzymanie na rynku świadomości, że dzieła wybranego artysty nie tracą na wartości i są dobrą inwestycją. W dokumencie proces jest pokazany na przykładzie dzieł Damiena Hirsta, którego zwykły zjadacz chleba może kojarzyć z dzieła For the Love of God, czyli czaszki wysadzanej damentami. To dzieło wycenione na okolice 100 milionów dolarów nie sprzedało się od razu, dopiero po jakimś czasie zakupiło je konsorcjum, w którego skład wszedł sam Hirst.
W filmie pojawia się również rodzina Mugrabich, handlarzy sztuką, którzy posiadają największą na świecie kolekcję dzieł Warhola (ok. 800 prac). Gromadząc tę kolekcję często płacili sumy przez specjalistów uznane za wyższe od rynkowych. Mugrabi biorą udział w aukcjach dzieł Warhola podbijając ich ceny, kontrolują rynek, ponieważ mają dużo kapitału zainwestowanego w jego dzieła i nie chcą na tym stracić. Głowa rodziny, Jose Mugrabi nie widzi nic złego w obronie cen.
I tu dochodzimy do sedna. Ben Lewis zauważa, że na rynku sztuki współczesnej funkjonują mechanizmy, które są zakazane na rynkach obrotu papierami wartościowymi. Manipulacje kursami papierów są zakazane. I teraz pytanie, czy każdy rynek powinien mieć takie regulacje? Bo analogia między graczami manipulującymi dziełami sztuki a domenami nasuwa się w sposób naturalny. I tego w całym zamieszaniu bym się chyba najbardziej obawiał, że duzi gracze posiadający kilka czy kilkadziesiąt tysięcy domen zaczną manipulować cenami, będą kontrolować rynek. Ale czy od razu zabraniać spekulanctwa? To już kwestia na inny wpis, pewnie nie na tym blogu ;)